Królewska krew. Wieża elfów – Michael J. Sullivan

Tytuł: Królewska krew. Wieża elfów
Autor: Michael J. Sullivan
Wydawca: Prószyński i S-ka
Do tramwaju: tak, ale trochę cegłowata
Ocena ogólna: 7/10

No to mamy Nowy Rok. Nie robię podsumowanie bo nie bardzo jest się czym chwalić. Jak kończyłem w Sylwestra 70 książkę myślałem że przeczytałem całkiem sporo. Kiedy jednak zobaczyłem kilka podsumowań okazało się, że do gigantów BARDZO dużo mi brakuje. Pewnie w tym roku nie uda mi się poprawić wyniku, ale przecież czytam dla przyjemności.
Pierwsza przyjemność w tym roku, a zarazem pierwsza książka do wyzwania z półki to „Królewska krew. Wieża elfów” której autorem jest  Michael J. Sullivan. Pierwotnie były to pierwsze dwa tomy przygód złodziejskiego teamu w skład którego wchodzą Royce Melborne i Hadrian Blackwater. Nie wiem czemu wydawnictwo Orbit aktualnie wydające Sullivana zdecydowało się na połączenie tych książek, ale cieszę się, że Proszyński poszedł tym samym tropem, bo dla mnie to nawet lepiej, mam więcej czytania:). Nawet wykorzystali całkiem fajną oryginalną okładkę :).  Może troszkę rozmiar przeszkadza przy czytaniu w tramwaju, ale jakoś dałem radę.

Książka opowiada o przygodach pary złodziei, podobno dobrych w skrócie Riyria. Sądząc po pierwszych stronach książki wyrobili sobie oni w opisywanym świecie już całkiem niezłą markę. W części pierwszej zostają wrobieni w zabójstwo króla, w części drugiej pewna wieśniaczka wynajmuje ich do wykradzenia z elfiej wieży magicznego miecza. Z opisu z tyłu książki jednoznacznie wynika, że złodziejski tandem to praktycznie para geniuszy w swoim fachu i sądząc po tym jak sobie dają radę w opisanych sytuacjach to tak w istocie jest.

Jedna z recenzji, którą miałem okazję przeczytać zarzucała jednak, że właściwie to ich mistrzostwo w żaden sposób nie przekłada się na dochody i że jest to całkowicie nielogiczna sprawa. Ja będę się upierał że jednak obaj Panowie zasłużyli sobie na znakomitą opinię specjalistów w swoim fachu. Po prostu obaj nie wykorzystują swoich umiejętności tyko do kradzieży, bardziej niż żądza zysku gna ich do przodu głód przygód. Zwłaszcza widać to w tomie drugim, kiedy decydują się wziąć za zlecenie kwotę, która nie pokryje nawet „kosztów dojazdu”.

Książka od strony przyjętych „standardów” fantasy nie wyróżnia się niczym szczególnym. Mamy magów ( niewielu ) i magię, rasy w opowieści to ludzie, elfy i krasnoludy, czyli sama klasyka.  Na szczęście nie mamy za specjalnie dużo udziwnionych imion, jakiś zadziwiających atrybutów przypisanych rasom, pogubić się jedynie można w przypadku nazw królestw ( przydałaby się mapka ). Na pierwszy rzut oka po prostu żadna rewelacja. W trakcie czytania pierwszej części zastanawiałem się nawet czy nie dać sobie spokoju i nie poszukać czegoś bardziej interesującego.

Jednak im dalej tym lepiej. Autor z tej „zwyklości” składa naprawdę interesującą opowieść niepozbawioną sporego uroku. W znakomity sposób wykorzystuje ograne schematy, aby opowiedzieć interesującą historię. Język jest znakomity, korekta nie szwankuje, a do tego szczypta humoru i mamy bardzo udaną powieść fantasy.

Jak na razie niezły początek roku :) mam nadzieję, że dalej będzie równie dobrze

2 myśli nt. „Królewska krew. Wieża elfów – Michael J. Sullivan

  1. Pingback: Z półki – wyzwanie | tramwajnr4

  2. Pingback: Z półki – wyzwanie | tramwajnr4

Możliwość komentowania jest wyłączona.