Nazwywam się Carter. John Carter

Tytuł: John Carter
Reżyseria :
Do kina: tak
Ocena ogólna: 8/10

„Nadejszła” wiekopomna chwila. Nie jestem w stanie czytać aż tak szybko, aby być w stanie dostarczać sobie pożywki do codziennych, czy codrugodziennych notek ;). Dlatego postanowiłem wrzucić czasem też coś o filmie i uzupełnić informacje o przeczytanych komiksach. Na pierwszy ogień idzie John Carter, który poniósł w Ameryce sporą porażkę finansową i niestety nie będzie nam najprawdopodobniej dane oglądnąć kolejnej części. W tym przypadku naprawdę szkoda, dawno już nie miałem okazji oglądać filmu fantastycznego, w którym efekty specjalne są dla fabuły, a nie fabuła tylko dla efektów specjalnych.

Scenariusz powstał na podstawie powieści Edgar’a Rice Burroughs’a z 1912 roku pod tytułem „Księżniczka Marsa”. Jest to pierwsza część cyklu o przygodach Johna Cartera, weterana wojny secesyjnej na Marsie. Tomów do ekranizacji jest całkiem sporo, ale nie sądzę, żeby się udało je zekranizować przy tak słabej kinowej frekwencji.

Na początek może co nieco o fabule. Były kawalerzysta armii konfederatów John Carter stał się po zakończeniu wony poszukiwaczem złota. Uciekając przed bandą Indian chroni się w jaskini z której w dość przypadkowych okolicznościach zostaje przy pomocy niewielkiego medalionu przeniesiony na Marsa nazywanego przez miejscowych Barsoom. W skutek różnic w ciążeniu pomiędzy oboma ciałami niebieskimi były żołnierz zyskuje dużo większą niż na Ziemi siłę, jego skoki przypominają coś pomiędzy lotem Supermena, a skokami Spidermana. Taki trochę prymitywny archetyp superbohatera.

Jako pierwszych na Marsie nasz bohater spotyka Tharków, przedstawicieli zielonej, wysokiej i dość prymitywnej rasy o czterech rękach. Ze swoim stylem życia przypominają mi oni troszkę ziemskich Indian. W pewnym momencie staje się on świadkiem widowiskowej walki powietrznej pomiędzy przedstawicielami dwóch rywalizujących ze sobą miast/państw. Żeby było ciekawiej reprezentują oni o wiele wyższy poziom technologii niż Tharkowie i są przedstawicielami zupełnie innej rasy. Zdecydowanie bardziej przypominają ludi, na pierwszy rzut oka różnią się tylko kolorem krwi. To co płynie w ich żyłach ma kolor niebieski. Carter ratując z opresji księżniczkę jednego z miast wplątuje się w dość zawiłą intrygę mającą na celu objęcie władzy na całym Marsie.

W filmie mamy na szczęście dość prosty podział na dobrych i złych, ułatwia to znacząco śledzenie zawiłości fabularnych opowiadanej historii.
Tharkowie – prymitywni, agresywni, pod płaszczem brutalności większość to spoko kolesie.
Ludzie we wdziankach z elementami niebieskimi – dobrzy, nie do końca ogarnięci.
Ludzie we wdziankach z elementami czerwonymi – źli, także nie do końca ogarnięci.
Łysi faceci – samo zło stojące za całym zamieszaniem, nie wiadomo do końca skąd się wzięli i czemu mieszają, mają takie szalone możliwości jak błyskawiczna zmiana wyglądu i przeskakiwanie między światami przy pomocy medalionów.

Może fabuła opisana przeze mnie i ten uproszczony opis bohaterów wydają się być niezbyt interesujące, ale film ogląda się naprawdę nieźle. W rzeczywistości fabuła trzyma się kupy, nie ma jakiś przesadnych dłużyzn. Jedynym elementem budzącym pewne wątpliwości są powody kierujące złymi łysymi, reszta jest naprawdę ok. Efekty specjalne wykorzystane do kreacji świata są naprawdę dobre i uzasadnione fabularnie, trochę irytacji może budzić jedynie sześcionogi pies Cartera.

Sporo ludzi w swoich opiniach zarzuca produkcji wtórność i czerpanie z ogranych wzorców. Proszę jednak pamiętać, że film bazuje na opowieści powstałej na długo PRZED Conanem, Gwiezdnymi Wojnami czy Avatarem i bez książki Burroughs’a pewnie by ich nie było.

Ja polecam, może niekoniecznie w 3D, ale w kinie na pewno. To świetne rozrywkowe kino jest :)