Rothfuss – miód w czystej postaci

Tytuł: Strach mędrca Tom 1
Autor: Patrick Rothfuss
Wydawca: Rebis
Do tramwaju: cegła, ale warto
Ocena ogólna: 8/10

Ostatnio namnożyło się gwiazd fantasy. Jest ich po prostu jak psów, a jeden mistrz lepszy od drugiego, objawienia po prostu. Przeczytanie takiego cudu najczęściej weryfikuje jednak bardzo szybko ochy i achy, a cudowna powieść okazuje się być najczęściej popłuczynami po Tolkienie. Na szczęście co jakiś czas pojawia się coś naprawdę interesującego, ktoś kto ma w sobie to coś.

Dla mnie ostatnio takich PRAWDZIWYCH objawień było dwa. Wegner z opowieściami z meekhańskiego pogranicza i Rothfuss ze swoim Kvothe. Obaj panowie snują przepiękne, ciekawe i frapujące historie, obaj są na początku drogi. Mam nadzieję, że oba cykle rozwiną się równie dobrze i dadzą nam mnóstwo frajdy.

Tym razem frajdy dostarcza Rothfuss. Strach mędrca to drugi tom jego opowieści o najsłynniejszym magu, zawadiace i bohaterze stworzonego przez niego świata, o Kvothe. W zapadłej dziurze, w prowadzonej przez siebie gospodzie Kvothe snuje dalszy ciąg opowieści o swoim życiu. Tym razem jednak nie dotyczy ona już tylko uniwersytetu, chłopak wyprawia się w końcu na dłużej poza mury, znajduje sobie mentora i zarabia konkretne pieniądze.

Raz wiedzie mu się lepiej, raz gorzej ( zdecydowanie częściej ). Ważne, że opowieść jest coraz ciekawsza i szczerze cieszę się, że to dopiero pierwsza część drugiego tomu. Nie mogę się doczekać, aż w jesienny wieczór znowu będę miał okazję posłuchać opowieści snutej przez tajemniczego karczmarza. Coraz bardziej interesujące staje się także to w jakiś okolicznościach ma to miejsce. Coś się zbliża, coś, co zmusi Kvothe, aby otrząsnął się z marazmu w jakim jest pogrążony.

Polecam zdecydowanie

8 myśli nt. „Rothfuss – miód w czystej postaci

  1. W kwestii objawień – Wegner mnie jeszcze nie przekonał (zaczęty na wakacjach pierwszy tom został chwilowo odroczony), ale co do Rothfussa to się zgadzam – absolutnie magiczna książka.

    • Jeśli Podoba Ci się Rothfuss, a Wenger w wersji opowiadaniowej nie porwał, to polecam powieść. Widać zdecydowanie większy rozmach :). Mnie na przykład irytuje Erikson, a Wengera łykam jak pelikan rybę :)

  2. Coś w tym jest, że wielu autorów przerabia po prostu Tolkiena na własną modłę i puszcza w świat, Najfajniej, kiedy nawet nie wysilą się ma oryginalny tytuł, tylko wychodzą jakieś „Pierścienie drużyn” i „Wędrówki po pierścień” :D

    Potrzebowała ostatnio do wyzwania jakąś polską fantastykę, ale nie mogłam się wczuć w klimat – dawniej czytałam dużo, teraz prawie w ogóle. Ale to sobie zanotuję w pamięci, gdybym chciała wrócić do fantastycznych czasów ;)

  3. Z pierwszym akapitem zgadzam się co do słowa.;) Szkoda, ze pisarzy z cosiami tak trudno wyłowić…

    Ja już jestem po dwóch tomach i żal mnie ogarnia, że do trzeciego daleko. Na razie ratują mnie Tchaikovsky i Novik, ale czym ja się będę zachwycać później? Chyba do niezawodnej Le Guin wrócę…

    • Dla mnie ostatnio chyba największym zawodem był Player One. Miało być dobre SF, a była opowiastka dla sfrustrowanych nastolatków gapiących się w komputery i grających on-line w jakieś cuda.

Możliwość komentowania jest wyłączona.