Młody detektyw ?

Tytuł: Młody Sherlock Holmes: Zabójcza chmura
Autor: Andrew Lane
Czyta: Leszek Filipowicz
Wydawca: Biblioteka Akustyczna
Do tramwaju: tak
Ocena książki: 6/10
Ocena audio: 9/10

Cyfrowe książki czy tego chcemy czy nie coraz częściej pojawiają się w naszych domach. W moim przypadku zdecydowanie częściej jest to audiobook, elektronicznych wersji nie jestem w stanie czytać na ekranie monitora, a na zakup czytnika jeszcze się nie zdecydowałem. Kolejnym audiobookiem z którym miałem okazję się zapoznać jest pierwszy tytuł z serii „Młody Sherlock Holmes. Zabójcza chmura” autorstwa Andrew Lane’a, brytyjskiego pisarza tworzącego nie tylko powieści, ale także scenariusze.

Książka opowiada o pierwszych wakacjach Sherlocka Holmesa które spędził poza domem. Z racji wyjazdu ojca na misję wojskową do Indii trafia on do niewielkiej miejscowości Farnham, w której posiadłość ma jego stryjostwo. Z racji tego, że relacje z nowo poznanymi krewnymi nie układają się dość dobrze ( nie czarujmy się, zarówno ciotka jak i stryj sa po prostu dziwni ) chłopak decyduje się na coraz dalsze wycieczki poza teren posiadłości. W trakcie jednej z nich poznaje Matty’eg Arnatt’a, samotnego chłopca włóczącego się po kraju, który staje się później dla niego kimś na kształt Doktora Watsona.

W międzyczasie brat Sherlocka, Mycroft, decyduje się zatrudnić dla chłopca guwernera, aby dodatkowo wspomóc jego edukację i utrudnić mu wpakowaie się w jakieś klopoty. Tym nauczycielem, a zarazem  opiekunem jest Amyus Crowe, Amerykanin o mocno zagadkowej przeszłości i zadziwiających talentach. Oczywiście inicjatywa starszego brata na nic się nie zdaje i mimo opieki Sherlock trafia w wir zawiłej intrygi mającej na celu osłabienie lub nawet upadek Imperium Brytyjskiego. Główym przeciwnikiem naszego bohatera jest demoniczny baron Maupertuis, który z zemsty na Brytyjczykach uczynił główny motyw swoich działań.

Książka jest napisana znakomitym językiem, czuć, że autor stworzył już wiele interesujących historii. Z racji tego, że seria jest autoryzowane przez spadkobierców Conan Doyla możemy przyjąć, że wszelkie informacje, które się w niej pojawiają są zgodne z „uniwersum” Sherlocka Holmesa. Dowiadujemy się zatem, że jego ojciec było oficerem, poza bratem Sherlock ma chorowitą siostrę, a sam ma pewne kłopoty z nawiązywaniem kontaktu z rówieśnikami. Potwierdzają się też jego związki z Francją, jego matka miała tam krewnych. Cała historia jest spójna, dynamiczna, a intryga interesująca i mam własciwie tylko dwie uwagi.

Po pierwsze scena walki Sherlocka baronem Maupertuis wydaje mi się trochę zbyt groteskowa i odrobinę zbyt nowoczesna. Trąci mi trochę niezbyt udanym filmem Wild Wild West z Willem Smithem, gdzie nowoczesność wpychana jest na siłę i trochę głupawo. Piła tarczowa w rękach największego adwersarza młodego detektywa mocno mnie zniesmaczyła.

Po drugie, gdyby chłopakowi, który jest głównym bohaterem zmieić imię, nie zostałoby własciwie nic co łaczyłoby go z wielkim detektywem. Wiem, że Sherlock jest na początku swojej drogi i jeszcze niewiele umie, ale zupełnie nie czuję tu jego ducha. Owszem książka jest naprawdę niezła i dzieciaki będę miały mnóstwo  frajdy z jej czytania, ale nie spodziewajcie się jakiś choćby śladowych metod działania w stylu Baker Street. To trochę tak, jakby Lane napisał książkę, a potem pododawał odrobinę nawiązań i odniesień, żeby można było ją sprzedać jako Sherlocka Holmesa; Matty – Watson, baron Maupertuis – Profesor Moriarty.

Oczywiście z racji tego, że mamy do czynienia za audiobookiem na koniec kilka słów o audio.  Zabójcza chmura to jedna z najlepiej przygotowanych książek dźwiękowych jakie było mi dane posłuchać, lepszy był chyba tylko „Gwiezdny pył”. Lektor spisuje się znakomicie, potrafi swoim głosem nadać charakter poszczególnym postaciom , od razu wiemy, że Pani Eglantine to złośliwa jędza.

Generalnie jeśli wasze dziecko jeszcze nie zna największego angielskiego detektywa, to frajda będzie spora, dorośli zaś powinni potraktować ten tytuł raczej jako ciekawostkę.

Trucizna!

Tytuł: Trucizna
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawca: Fabryka Słów
Do tramwaju: chyba tylko tam :(
Ocena ogólna: 2+/10

Andrzej Pilipiuk pisze dużo, czasem nawet bardzo dużo. Cykl Oko Jelenia zamiast sześciu tomów mógłby spokojnie zajmować trzy. Najczęściej jednak jest to na tyle udane pisanie, że spokojnie można po nie sięgać. niestety nie tym razem.

Jakub Wędrowycz czyli główny bohater tego zbioru to egzorcysta degenerat, postać z której w początkach swoich wycieczek w kierunku fantastyki Pilipiuk uczynił „okręt flagowy”, rodzaj znaku firmowego. Na szczęście o jego przygodach pisze już rzadziej i chyba powoli będzie kierował się w stronę dwóch innych stworzonych przez siebie postaci czyli Roberta Storma  antykwariusza i Pawła Skórzewskiego lekarza z czasów carskiej Rosji.

Dlaczego na szczęście? Ano dlatego, że Trucizna to totalnie, masakrycznie, ogólnie, specyficznie i straszliwie słaba książka jest. Opowiadania pisane są na siłę i większość spokojnie skrócić można by było do trzech zdań każde. A jakby się człowiek dobrze uparł to i cały zbiór streścić można w jakiś siedmiu.

Panie Andrzeju proszę! Niech Pan zajmie się rozwijaniem tych dwóch pozostałych postaci, niech Pan napisze powieść o Skórzewskim i zbiór dedykowany Stormowi, te wszystkie pisane na poważnie opowiadania o  nich to jest to. A jeśli nie, to niech Pan pisze o przedwojennej Polsce, o czasach odzyskiwania niepodległości, o przygodach młodych Polaków na kresach, to robi Pan znakomicie.

A Wędrowycz się już zdecydowanie wyeksploatował, pora dać mu spokój.

Koniec Ryxa?

Tytuł: Kacper Ryx i król alchemików
Autor: Mariusz Wollny
Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
Do tramwaju: można, ale trochę szkoda
Ocena ogólna: 8+/10

To już ostatnia odsłona cyklu o inwestygatorze królewskim. Historia opowiadana w poszczególnych tomach przygód średniowiecznego detektywie ma miejsce za panowania kolejnych królów polskich. Mieliśmy Zygmunta Augusta, Henryka Walezego, Stefana Batorego by na koniec poznać czasy najfajniejszego z królów, Zygmunta III Wazy. To właśnie dzięki niemu mamy w Krakowie święty spokój, chwała Ci za to Wielmożny Panie :)

Ryx na prośbę żony zaprzestał inwestygacji, zajmuje się wyłącznie leczeniem, wieczorami chleje na umór i coraz bardziej oddala się od ukochanej żony. Na szczęście możni średniowiecznej Polski nie pozwalają mu zgnuśnieć do reszty.

Opowieść kręci się przede wszystkim wokół tematu alchemii, tajnych bractw z nią związanych i wszelakich idiotyzmów, które wywołuje pogoń za tynkturą, czyli substancją umożliwiającą przemianę dowolnego metalu w złoto. Drugi ważny wątek to sprawa przejęcia schedy po Garbusie – Królu Żebraków. Oczywiście jak to z reguły ma miejsce u Wollnego oba wątki splatają się w końcu w jedną historię.

Książka znowu dzieje się w Krakowie, mamy niewiele istotnych wypraw poza ówczesną stolicę. Pod względem fabularnym plasuje się według mnie zaraz za tomem pierwszym, zarówno jeśli chodzi o wątki historyczne jak i kryminalne. Kończąc serię autor domyka wszelkie wątki, starzy wrogowie pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach, a intryga jest zajmująca. Trochę może ostatnia akcja trąca mi niezniszczalnym Brucem Willisem ze Szklanej pułapki, ale można przyjąć, że adrenalina i troska o rodzinę dodają sił.

Istotna dla mnie jest także wartość poznawcza całej serii, czasem miałem takie wrażenie, że dzięki Ryxowi dowiedziałem się więcej o tych czterech królach niż przez wieloletnią naukę historii w szkole. Ale na temat wiarygodności musiałby wypowiedzieć się ktoś kto się na tym zna. Polecam wszystkie cztery odsłony przygód Kacpra, troszkę cierpliwości potrzeba tylko dla tomu drugiego, ale i tak daje on sporo frajdy.

A na początku przyszłego roku będzie się znowu działo :). Nie po to Pan Wollny zostawił sobie furtkę, żeby z niej nie skorzystać. Na targach jedna z Pań z Otwartego wygadała się, że będzie okazja spotkać młodego Ryxa, zobaczyć czy skieruje się bardziej w stronę Bonda, porucznika Borewicza, a może pójdzie drogą wytyczoną przez ojca.

Ja czekam, a wy?

Sierpniowy żar dobry na polską jesień

Tytuł: Sierpniowy żar
Autor: Andrea Camilleri
Czyta: Dariusz Kowalski
Wydawca: Noir sur Blanc
Do tramwaju: tak
Ocena książki: 9/10
Ocena audio: 7/10

Ostatnio częściej niż kiedyś zdarza mi się słuchać książek. Zdecydowanie wolę je czytać, ale o ile w tramwaju jest to możliwe, o tyle w samochodzie narażałoby to mnie na spore koszta. Wizje potencjalnie przejechanych pieszych, zapłaconych mandatów i stłuczek skutecznie przekonały mnie do książek audio.

Tym razem miałem okazję przeczytać kolejną część przygód włoskiego detektywa z małego miasteczka na Sycylii. Vigatę poznałem już w trzech książkach. „Miesiąc z komisarzem Montalbano” podobało mi się, kolejne dwie przeczytane niedawno podobały się jeszcze bardziej, „Sierpniowy żar” urzekł mnie na całego.

Jest upalne lato, do komisarza przyjeżdża na wakacje z przyjaciółmi jego narzeczona Livia. Montalbano, który cudem znalazł dla nich odpowiednie lokum nie jest to najlepsze rozwiązanie, bo musi się dzielić swoją ukochaną kobietą z innymi. Jest tak gorąco, że praktycznie nie dzieje się nic, nawet przestępcy są tak rozleniwieni upałem, że policja nie ma nic do roboty. Pewnego dnia ma miejsce niewielkie, lokalne trzęsienie ziemi w skutek którego dom wynajmowany przez przyjaciół Liwii delikatnie się przekrzywia. Ta błahostka okazuje się być przyczyną niebywałego zamieszania. Pierwsze dziwne zdarzenie to pojawienie się w willi znikąd chmary karaluchów, myszy i pająków. Prawdziwą lawinę niebywałych wydarzeń uruchamia jednak zniknięcie syna znajomych, którego udaje się odnaleźć wystraszonego na ukrytym pod ziemią piętrze wynajmowanego domu. A potem to już trup w kufrze i odrażająca zbrodnia sprzed lat. Wszystko podane w sycylijskim leniwym sosie zdecydowanie bardzo pasującym do aury za oknem.

W tej części Camillieri do znakomitego języka i ciekawej opowieści dołożył jeszcze sporo humoru. Scena w której Montalbano zastanawia się nad konsekwencjami powiedzenia narzeczonej o ciele znalezionym na ukrytym piętrze to prawdziwy majstersztyk. Język jest prosty, miły w odbiorze, a mimo tego, że intryga kryminalna nie jest może zbyt zawiła to jednak zakonczenie mnie zaskoczyło. Książka naprawdę mi się podobała.

Jeśli chodzi o stronę audio to chwilkę trzeba było się przyzwyczajać. Lektor na początku mnie irytował, ale po pewnym czasie polubiłem go, głównie za to w jak idealny sposób przeczytał kwestie wypowiadane przez jednego z funkcjonariuszy policji, Catarellę. Mniej więcej od drugiego rozdziału było ok, nie mamy tu muzyki, ani dodatkowych odgłosów mających tworzyć atmosferę, ale nie są one potrzebne.

Na zakończenie dwie dygresje. Po komentarzu Viv do jednym z wcześniejszych tomów zdałem sobie sprawę, że ten cykl chyba najbardziej podobał się będzie leniwym ludziom po trzydziestce, takim jak ja :) . Dzieje się tak dlatego, bo sami chętnie połowę czasu w robocie spędzilibyśmy jedząc pyszne żarcie w trattorii i pływając w morzu.

Druga sprawa. Generalnie szanuję opinie innych ludzi, staram się nie dyskutować o gustach i tym co się komu podoba, a co nie. W tym przypadku trafiła mnie jednak cholera. Pewien znany bloger dokumentnie zjechał ten tom przygód komisarza Montalbano. Ale ja się pytam, Szanowny Panie blogerze skoro nie lubisz cykli, wręcz gardzisz ich fenomenem to po co bierzesz się za czytanie książki będącej którąś z kolei? A jeśli nie znając do końca realiów Vigaty i motywów bohaterów rzeczywiście przewidziałeś zakończenie, to pełen szacun.

Za możliwość posłuchania książki dziękuję Audeo.pl

Sam miód

Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Do tramwaju: tak, ja czytałem wszędzie
Ocena ogólna: 10/10

Mam problem z reportażami. Jakoś tego typu literatura do mnie nie trafia, nie wiem dlaczego. Próbowałem z Kapuścińskim, koleżanka przyniosła mi kilka różnych antologii reporterskich, na półce leży porzucony wybór najlepszych reportaży Gazety Wyborczej. Z reguły w połowie czytania pierwszego się poddaję. Tym razem było podobnie. O „Dziennikach kołymskich” Jacka Hugo-Badera słyszałem wiele dobrego, nadarzyła się okazja pożyczyć, więc z niej skorzystałem mając spore obawy czy je przeczytam. Zacząłem czytać i w połowie pierwszego to co zwykle, blokada.

Zmusiłem się żeby przeczytać jeszcze kilka zdań no i się zaczęło. Wsiąknąłem na amen, o dzięki za pożyczenie. Jest to książka absolutnie, zupełnie i całościowo świetna.

Z jakiegoś powodu ogromnym sentymentem darzę naszych sąsiadów ze wschodu, pewnie dlatego, że wychowałem się na Czterech pancernych, a o numerze który Rosjanie nam wykręcili 17 września 1939 roku dowiedziałem się bardzo późno. Do tej pory niewiele podróżowałem, ale zawsze większą chęć budził u mnie kierunek ukraińsko-rosyjsko-gruziński niż hiszpańsko-francuski. Po „Dziennikach kołymskich” fascynacja wschodnim sąsiedztwem, tym bliższym i tym dalszym jeszcze wzrosła.

Książka podzielona jest jakby na dwie części. W co drugim rozdziale autor opisuje swoją drogę traktem kołymskim, pisze gdzie spał czym jechał, jak wyglądała jego przeprawa przez góry, czy rzeki Kołymy i jak wygląda jej współczesny krajobraz. W tej drugiej „co drugiej” części Hugo-Bader pisze o ludziach których spotkał. O ludziach bardzo różnych, Rosjanach, Jakutach, tych bogatych i tych biednych. O pamiętających koszmar łagrów i tych którzy trafili na zimną północ już po tym koszmarze. Wszyscy jednak mają do opowiedzenia jakąś historię.

Część opowiadająca o drodze jest po prostu dziennikiem podróży, ciekawej, zaskakującej i miejscami magicznej. Autor jedzie łazikiem, luksusową toyotą albo wysłużonym kamazem. Śpi w mieszkaniach, dziwnych hotelach, raz nawet w szpitalu. Jest interesująco, ale to tylko opowieść podróżnicza, dobra ale nic poza tym.

Prawdziwie magiczna i ciekawa jest opowieść o ludziach. O oligarchach, zbieraczach złomu, płukaczach złota i zwykłych mieszkańcach tego dziwnego miejsca w Rosji. Wielokrotnie zaskakiwały mnie historie zawarte w tej książce, czasem budziły niewiarę, ale zakładam, że jako poważany reporter autor nie zdecydował się na zbytnie popuszczenie wodzów fantazji.

Odbiór książki jest jeszcze lepszy także przez to, że autor zdecydował się na wyraźne oddzielenie obu części przy pomocy odrobinę innego języka. Ten użyty w podróżniczych fragmentach jest bardziej zwięzły, suchy, ten o ludziach bogatszy i barwniejszy. Wydawca tylko to podkreślił decydując się na zastosowanie różnego kroju czcionek.

Jestem przekonany, że nie uda mi się tam nigdy wybrać, nawet nie jestem pewien, czy bym chciał. Ale na pewno autor jeszcze bardziej rozbudził moje zainteresowanie Rosją. Tym wielkim krajem pełnym dzikiej, pięknej przyrody, ciekawych ludzi i nieprawdopodobnych kontrastów.

Zdecydowanie polecam, moja pierwsza przeczytana książka z reportażami okazała się znakomita.

Macierzyństwo bez tacierzyństwa

Tytuł: Macierzyństwo bez lukru 2
Redakcja: Joanna Skotnicka i Dorota Smoleń
Wydawca: Wydawnictwo RW2010
Do tramwaju: tak, jeśli macie ebook readera
Ocena ogólna: 8/10

Czytuję blogi. Są to przede wszystkim blogi „książkowe”, ale nie tylko. Sporo z nich jest w moich zakładkach tylko dlatego, bo je lubię. Czy to za sposób w jaki są pisane, czy to za sprawy o których się tam pisze, różnie.
Tym razem mam do czynienia z książką blogową. Wcześniej spotkałem się już z kilkoma takimi, najbardziej spodobała mi się chyba seria o Bazylku, w której jego tata z ogromną swadą opisywał anegdotki z życia swojego syna. „Macierzyństwo bez lukru 2″ to jednak pozycja zdecydowanie inna od wszystkich książek poblogowych, z którymi miałem do czynienia.
Decyduje o tym zarówno powód jej powstania jak i zawartość. Książka jest kontynuacją inicjatywy która ma na celu wsparcie Mikołaja chorego na rdzeniowym zanik mięśni,  a jej treść to notki, wpisy i rysunki pochodzące z blogów wielu mam. Różnią się one formą, treści i tematem jaki podejmują, natomiast wspólne dla wszystkich jest tylko to, że wszystkie traktują o macierzyństwie, takim prawdziwym, nie z programu śniadaniowego czy kolorowej gazety.

Książka odczarowuje wiele ważnych tematów, opowiada o trudach radzenia sobie z dzieckiem, z własnymi emocjami. Pozwala spojrzeć na swoje relacje z dzieckiem z innej perspektywy i moim zdaniem daje szanse na ich poprawę.
Dlaczego tak się dzieje? Z bardzo prostego powodu. Po prostu kiedy okazuje się, że sporo tych spraw które przydarzają się nam rodzicom na co dzień przydarza się także innym. A skoro oni sobie jakoś poradzili to i jest szansa, że i nam się uda. Mnie osobiście bardzo poruszyła notka napisana przez mamę, która czasem ma problem z ukrytym mister Hyde’m, lub w moim i jej małżonka świecie z siedzącym w  niektórych z nas Hulkiem. Na szczęście nie tylko we mnie on siedzi, musimy mu tylko uniemożliwić miażdżenie :) Ale skoro ona daje radę go powstrzymać to i mnie się uda :)

Książka jednak nie jest pozbawiona wad, a właściwie można powiedzieć, że ma dla mnie jedną wadę.  Wadę bardzo istotną dla ojca dwóch świetnych chłopków. Skoro mamy decydują się opowiedzieć o swoim życiu i pokazać, że bycie mamą nie zawsze jest łatwe to czemu żadna z Pań nie zdecydowała się na pójście o krok dalej i obalenie mitu o wiecznie nieobecnym facecie? No chyba, że zdecydowana większość kobiet, które stworzyły coś do tego zbioru ma problem z partnerem. Poza jednym opowiadaniem/notką we wszystkich ojciec jest tylko jakimś tłem dla opisywanej sytuacji. Albo służy za niewprawną niańkę, albo go ciągle nie ma, nawet kiedy się pojawia to jakiś taki (przerwa na reklamę ;) ) niewyraźny.

Wiem, że to książka o macierzyństwie, ale drogie Panie istnieją też tatusiowie. Tacy którzy może niekoniecznie wezmą urlop wychowawczy, ale jednak biorący z własnej inicjatywy udział w wychowaniu dzieci. Tacy co śniadanie do szkoły zrobią i wrzasną że nie wziął szalika, a nie tylko weekendowo zabiorą do kina i poczęstują tam popcornem. Może w kolejnej części będzie pora na obalenie kolejnego mitu?
Ale w końcu najważniejsze jest wsparcie Mikołaja, więc zapraszam po szczegóły TU

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Chudej

Kacper Ryx i kolejny król

Tytuł: Kacper Ryx i tyran nienawistny
Autor: Mariusz Wollny
Wydawca: Otwarte
Do tramwaju: tak
Ocena ogólna: 8/10

Po drugim tomie, gdzie tempo akcji trochę spadło znowu mamy przyspieszenie. Wollny tym razem umieszcza przygody Kacpra Ryxa za czasów Stefana Batorego i decyduje się, aby nasz bohater spędził sporo czasu poza rodzinnym Krakowem. Inwestygator królewski jest zakochany, Janka która pojawiła się w pierwszym tomie i odegrała w życiu Kacpra wielką rolę jest teraz jednak szlachcianką. A w tamtych czasach małżeństwo pomiędzy szlachcianką, a mieszczaninem znajdą postrzegane byłoby jako coś niedopuszczalnego. Przynajmniej tak odczuwa Kacper. W związku z tym decyduje się opuścić Kraków licząc na to, że zasługi wojenne pozwolą mu stać się szlachcicem. Bierze udział w wojnie przeciwko Rosjanom, demaskuje spiski i doskonali się równocześnie w fachu lekarza. W pewnym momencie ratuje nawet życie jednemu z posłów, co później okaże się mieć decydujący wpływ na dalsze losy Janki. Akcja cały czas pędzi do przodu, bohaterowie trafiają nie tylko w wiele interesujących miejsc na terenie Rzeczypospolitej, ale odwiedzają nawet dalekie kresy. Kacper nawet staje się w pewnym momencie nawet kimś kogo boją się na stepach najodważniejsi ordyńcy .

Książka czyta się lepiej niż tom drugi, dzieje się więcej, mamy ciekawie czasy Stefana Batorego i Polskę która nadal jest potęgą. Watki kryminalne przeplatają się z historycznymi, a w tle pojawiają się nawet echa powieści szpiegowskiej. Wszytko to pięknie opisane interesującym językiem i aż szkoda, że powoli widać już koniec przygód Ryxa.

Kolejny raz polecam.

Magia po raz trzeci

Tytuł: Magia uderza
Autor: Ilona Andrews
Wydawca: Fabryka Słów
Do tramwaju: tak
Ocena ogólna: 6/10

Magia uderza to trzeci tom opowieści o Kate Daniels dziejącej się w Atlancie, w świecie w którym raz działa technika raz magia. Jak już pisałem wcześniej cała seria to przyjemne czytadła urban fantasy z niezbyt rozbujanym wątkiem romansowym. W tej części jest go może odrobinę więcej, ale i akcji też jest jakby więcej.

Jeden z przyjaciół Kate, wilkołak imieniem Derek zostaje wplątany w nielegalne walki na arenie całkowicie zakazane dla zmiennokształtnych. Cała sprawa ociera się o interesy gromady, więc nasza bohaterka pozwala się wciągnąć staremu znajomemu, Saimanowi, w ten biznes. Taka zabawa skończyć się oczywiście musi kłopotami, a przeszłość zaczyna upominać się o Kate. Powoli zaczynamy odkrywać to kim tak naprawdę jest główna bohaterka, a dla większości osób znających choć trochę klimat urban fantasy oczywistym się staje kto będzie big bossem w ostatniej części cyklu :).

Książka trzyma poziom, bardzo się cieszę, że nie obserwuję tutaj spadku formy. Pomysły są ciekawe, a sporo problemów nie rozwiązuje się „magicznie” jak to się zdarza niektórym autorom. Jeśli dałeś ciała to dostajesz za swoje, aby wyjść cało z opresji trzeba się sporo natrudzić. Kolejna część już na mnie czeka, szkoda tylko że Fabryka Słów niezbyt chętnie publikuje kolejne tomy.

Polecam jako dobrą literaturę rozrywkową.

Włoski pies z terakoty

Tytuł: Pies z terakoty
Autor: Andrea Camilleri
Wydawca: Noir sur Blanc
Do tramwaju: tak
Ocena ogólna: 8/10

Pies z terakoty to druga część opowieści o komisarzu Montalbano. Tak jak poprzednio za możliwość jej poznania chciałem podziękować alouette, która jest właścicielem książki.

Tym razem sprawy są dwie. Jedna świeża dotycząca mafii i handlu bronią, a druga to przypadkowo odkryte wiekowe morderstwo sprzed 50 lat. Na początku książki komisarza Montalbano czeka spora niespodzianka. Jeden z ważnych bossów mafii postanawia dobrowolnie oddać się w jego ręce, obaj jednak nie przypuszczają nawet jaką lawinę zdarzeń to wywoła. Policjant zostaje desygnowany do awansu, co bardzo mocno go przeraża, a mafioso zostaje postrzelony jako przykład dla innych. Z zemsty decyduje się przekazać komisarzowi lokalizację jednej z dziupli służących do przerzutu broni. Kolejny sukces komisarza ma jeszcze większe konsekwencje. Awans staje się prawie przesądzony, a my poznajemy zagmatwany świat powiązań mafijnych, w którym prosty sklepikarz jest powiązany w przedziwny sposób z hurtownikiem broni, a hurtownia spożywcza dostarcza nie tylko to czego można spodziewać się w markecie z jedzeniem. Pewien starszy Pan staje się ofiarą swojej spostrzegawczości, a mafia bardzo skutecznie odcina wszelkie ścieżki prowadzące do swoich wysoko postawionych członków.

W dalszej części książki na pierwszy plan wysuwa się jednak prywatne śledztwo prowadzone przez  Montalbano w sprawie pary młodych ludzi zamordowanych przed laty i odnalezionych podczas przeszukiwania kryjówki z bronią. Po śmierci zostali oni ułożeni w dość dziwny sposób, a w miejscu ukrycia zwłok towarzyszył im tytułowy pies z terakoty. Komisarz stara się rozwikłać nie dająca mu spokoju sprawę, poszukuje symbolicznych znaczeń związanych z psem i ułożeniem kochanków, mając nadzieję, że pomoże mu to zakończyć sprawę sprzed lat.

Książkę czyta się naprawdę znakomicie. Jest pełna ciekawych postaci, interesująca fabuła na tle włoskiej prowincji wspaniale działa na wyobraźnię. A przecież wedle wyobrażeń przeciętnego Polaka południe Włoch to miejsce pełne słońca, świeżych pomidorów i mafii, więc tym bardziej jest to dobry wybór lektury na jesień. Książka ma jeszcze dwie zalety, po pierwsze jest grubsza niż pierwsza odsłona przygód policjanta, a po drugie jest zabawniejsza. Camillieri pisze o swoim włoskim południu pięknie i mimo kryminalnej scenerii człowiek ma ogromną chęć tam pojechać. No a jeśli nie pojechać to chociaż raz jeszcze odwiedzić Vigatę z komisarzem . Mam nadzieję, że mi się to uda.

Polecam

Czasem niestety tak mam

Tytuł: Złodziej
Autor: Megan Whalen Turner
Wydawca: Ars Machina
Do tramwaju: tak
Ocena ogólna: 5/10

Na Złodzieja zwróciła mi uwagę Silaqui, jej pozytywna recenzja była siłą sprawczą do stania się właścicielem książki. Książkę przeczytałem, nie powiem nawet z pewną przyjemnością. Ale mimo tego, że ma ona dalszy ciąg i to nawet wydany w Polsce to nie planuję już wracać do świata Eddis, Attolia, Sounis. Zupełnie mnie ta książka nie porwała, nie wzbudziła emocji. Historia jest prościutka, sposób podania może i niezły, ale nic poza tym. Złodziej, który nie jest tym za kogo się podaje, mag który nie czaruje i opowieść o poszukiwaniu dawno zaginionego artefaktu niestety nie zainteresowały mnie zupełnie.

Jeśli jednak ktoś jest na początku przygody z fantasy to jest to dla niego idealna pozycja, klimatyczna i ciekawa pod warunkiem, że nie czytasz podobnej historii kolejny raz w swoim życiu. Sami decydujcie, czy macie ochotę :)