Przedpołudniowe losowanie

Maszyn Losujący w godzinach porannych zażądał, abyśmy przystąpili do losowania możliwie najszybciej. Jako osobnik niepiśmienny i nieczytający spisał się w swojej roli znakomicie. Wszystkich zgłoszeń było 38, do książki numer jeden zgłosiło się najmniej chętnych 12, ochotę na dwójkę miało 22 osoby, trójeczkę chciało mieć 20.

Poniżej fotorelacja z losowania:

Książka numer 1 ląduje u anek7

Książka numer 2 trafia do Silaqui

Tytuł numer 3 będzie miała okazję przeczytać Paula.

Wszystkie Panie o wygranej zostaną także poinformowane mailem.

Już wkrótce zapraszam na kolejną zabawę, wszystkim którzy wzięli udział serdecznie dziękuję, tym którzy nie wzięli udziału a zareklamowali dziękuję równie serdecznie :)

Zaszufladkowano do kategorii Różne

Eureka, czyli pierwszy stos

Zastanawiałem się kiedyś jaki jest powód prezentowania stosów, podsumowań i podobnych postów na blogach. O ja naiwny, dopiero kiedy zacząłem pisać regularnie i zaglądać w statystyki zdałem sobie sprawę, że aby podtrzymać zainteresowanie czytających należy publikować w miarę często. Jedna osoba fizycznie nie jest w stanie przeczytać tylu książek, aby pisać co dzień o czymś nowym, no i dlatego stosy :)

Zatem tym razem pierwszy u mnie.

Znany wielu cykl nabyty drogą kupna na targach książki, które potraktowałem jako dzień rozpoczynania zliczania zdobyczy. W dniu targów Fenrir przekazał mi też Zatopione miasta, ale traktuje je jako zdobycz wcześniejszą.

Wyjątkowo udany zbiór wygranych tytułów.

Jo Nesbo – Karaluchy i Halloween to wygrana w konkursie u Sil

Andriej Diakow – Do światła trafiła do mnie dzięki udanemu losowaniu na Notatniku kulturalnym

Inge Lohnig – W białej ciszy litościwie podarowała krakusom tłumaczka :) ( dzięki też Viv za wsparcie :) )

Rakietowe szlaki 7 – udana recenzja poskutkowała wygraną na Solrarisowym fanpage’u

Filip Springer – Miedzianka, Historia znikania – po Dziennikach kołymskich kolejna próba z reportażem, pożyczka od Szefowej

merde! rok w Paryżu – pożyczka od Szefowej

Jakub Ćwiek – Chłopcy

Tomasz Kołodziejczak – Czerwona mgła

Specyficzna wymiana z Fenrirem :)

Sierpniowy żar dobry na polską jesień

Tytuł: Sierpniowy żar
Autor: Andrea Camilleri
Czyta: Dariusz Kowalski
Wydawca: Noir sur Blanc
Do tramwaju: tak
Ocena książki: 9/10
Ocena audio: 7/10

Ostatnio częściej niż kiedyś zdarza mi się słuchać książek. Zdecydowanie wolę je czytać, ale o ile w tramwaju jest to możliwe, o tyle w samochodzie narażałoby to mnie na spore koszta. Wizje potencjalnie przejechanych pieszych, zapłaconych mandatów i stłuczek skutecznie przekonały mnie do książek audio.

Tym razem miałem okazję przeczytać kolejną część przygód włoskiego detektywa z małego miasteczka na Sycylii. Vigatę poznałem już w trzech książkach. „Miesiąc z komisarzem Montalbano” podobało mi się, kolejne dwie przeczytane niedawno podobały się jeszcze bardziej, „Sierpniowy żar” urzekł mnie na całego.

Jest upalne lato, do komisarza przyjeżdża na wakacje z przyjaciółmi jego narzeczona Livia. Montalbano, który cudem znalazł dla nich odpowiednie lokum nie jest to najlepsze rozwiązanie, bo musi się dzielić swoją ukochaną kobietą z innymi. Jest tak gorąco, że praktycznie nie dzieje się nic, nawet przestępcy są tak rozleniwieni upałem, że policja nie ma nic do roboty. Pewnego dnia ma miejsce niewielkie, lokalne trzęsienie ziemi w skutek którego dom wynajmowany przez przyjaciół Liwii delikatnie się przekrzywia. Ta błahostka okazuje się być przyczyną niebywałego zamieszania. Pierwsze dziwne zdarzenie to pojawienie się w willi znikąd chmary karaluchów, myszy i pająków. Prawdziwą lawinę niebywałych wydarzeń uruchamia jednak zniknięcie syna znajomych, którego udaje się odnaleźć wystraszonego na ukrytym pod ziemią piętrze wynajmowanego domu. A potem to już trup w kufrze i odrażająca zbrodnia sprzed lat. Wszystko podane w sycylijskim leniwym sosie zdecydowanie bardzo pasującym do aury za oknem.

W tej części Camillieri do znakomitego języka i ciekawej opowieści dołożył jeszcze sporo humoru. Scena w której Montalbano zastanawia się nad konsekwencjami powiedzenia narzeczonej o ciele znalezionym na ukrytym piętrze to prawdziwy majstersztyk. Język jest prosty, miły w odbiorze, a mimo tego, że intryga kryminalna nie jest może zbyt zawiła to jednak zakonczenie mnie zaskoczyło. Książka naprawdę mi się podobała.

Jeśli chodzi o stronę audio to chwilkę trzeba było się przyzwyczajać. Lektor na początku mnie irytował, ale po pewnym czasie polubiłem go, głównie za to w jak idealny sposób przeczytał kwestie wypowiadane przez jednego z funkcjonariuszy policji, Catarellę. Mniej więcej od drugiego rozdziału było ok, nie mamy tu muzyki, ani dodatkowych odgłosów mających tworzyć atmosferę, ale nie są one potrzebne.

Na zakończenie dwie dygresje. Po komentarzu Viv do jednym z wcześniejszych tomów zdałem sobie sprawę, że ten cykl chyba najbardziej podobał się będzie leniwym ludziom po trzydziestce, takim jak ja :) . Dzieje się tak dlatego, bo sami chętnie połowę czasu w robocie spędzilibyśmy jedząc pyszne żarcie w trattorii i pływając w morzu.

Druga sprawa. Generalnie szanuję opinie innych ludzi, staram się nie dyskutować o gustach i tym co się komu podoba, a co nie. W tym przypadku trafiła mnie jednak cholera. Pewien znany bloger dokumentnie zjechał ten tom przygód komisarza Montalbano. Ale ja się pytam, Szanowny Panie blogerze skoro nie lubisz cykli, wręcz gardzisz ich fenomenem to po co bierzesz się za czytanie książki będącej którąś z kolei? A jeśli nie znając do końca realiów Vigaty i motywów bohaterów rzeczywiście przewidziałeś zakończenie, to pełen szacun.

Za możliwość posłuchania książki dziękuję Audeo.pl

Mroczny Rycerz powstaje

Tytuł: Mroczny Rycerz powstaje
Reżyseria : Christopher Nolan
Do kina: już tylko domowego
Ocena ogólna: 6/10

Skończyły mi się przeczytane książki, a chwilkę potrwa zanim skończę to co czytam i słucham, więc dziś filmowo. O Batmanie Nolana wszystko chyba już napisano i powiedziano, ale pozwolę sobie jeszcze wtrącić swoje trzy grosze.

Na film miałem ogromną ochotę, ugadałem babcię, przekonałem żonę, zamówiłem bilety i z wypiekami czekałem na dzień premiery. W wakacyjny piątek, w który mieliśmy udać się do kina starszy syn złamał na kolonii rękę i zamiast na film pojechaliśmy do Leska. Okazało się, że mieliśmy sporo szczęścia, teraz kiedy pojawiła się możliwość obejrzenia go w kinie domowym słabość tego filmu nie boli tak bardzo.

Ale po kolei. Batmana lubię, to praktycznie jedyny superbohater, no może poza Wolverinem, którego naprawdę lubię. Ten gość nie ma super mocy, jest cwanym, twardym bogatym facetem, który bawi się w ochronę swego miasta przed zbrodnią. Podobają mi się filmy animowane i komiksy z jego udziałem, zdecydowanie mniej podobała mi się filmowa seria zapoczątkowana przez Tima Burtona. Ale potem nadszedł Batman Nolana i wsiąknąłem na całego. Pierwsze dwa filmy były znakomite, historie opowiedziane realistycznie ( względnie ) i ciekawie, a zachwyty nad Heath Ledger’em w Mrocznym rycerzu nie podlegały dyskusji.

Ale niestety trzeci film jest nudny, nie wiem co zawiodło. Może Tim Hardy jako Bane po Jokerze Ledger’a wypada zupełnie niewiarygodnie. Może zagrożenie jest za bardzo wydumane i jego skala wydaje się zbyt duża, a może film jest po prostu za długi? Trudno powiedzieć. Jaśniejsze punkty to Kobieta Kot, która jest niejednoznaczna moralnie tak jak powinna być i potencjalny Nightwing czyli policjant grany przez Joseph Gordon-Levitt’a. Cała reszta filmu i postaci zbudowana na zasadzie więcej, głośniej, szybciej niestety zupełnie nie powala.

Podejrzewam, że gdyby traktować ten film jako samodzielne działo byłby lepszy w odbiorze, ale jako zakończenie świetnej trylogii niestety rozczarowuje i nudzi. Jeśli lubicie kino super-bohaterskie, to oglądnąć można, jeśli lubicie Batmana to należy, ale w innym przypadku można sobie darować.

Zaszufladkowano do kategorii Film | Tagi:

Dla każdego coś innego, czyli nadejszła wiekopomna chwila

Kiedy blog.pl trafił pod skrzydła Onetu z radością uruchomiłem dodatek licznika. I klapa. Okazało się, że moduł zrobiono w najprostszy możliwy sposób i zlicza każde wyświetlenie, co oznacza, że sam mogę sobie nabić go pięknie wciskają po prostu odśwież. Na szczęście okazało się, że istnieje dodatek umożliwiający podłączenie się do Google Analytics i sprawdzanie rzeczywistych odsłon. Ostatniego listopada nadszedł ten wielki dzień, liczba odwiedzin dziennych osiągnęła rekordową liczbę. W moim przypadku było to aż 69 niepowtarzalnych odsłon w ciągu dnia :). W związku z tym, ze zbliżającym się dwuleciem bloga i z Mikołajem mała rozdawajka.

Zgłaszać się mogą wszyscy mieszkający w Unii Europejskiej, wystarczy wpis w komentarzu z informacją, który tytuł chcecie i adresem mailowym. Można zgłosić się do wszystkich, termin mija w sobotę 8 grudnia o godzinie 23:59, losowanie nastąpi w niedzielę przy pomocy Maszyna Losującego lat trzy. Decyzja Maszyna jest niezmienialna, przypadki wątpliwe rozstrzyga Najwyższa Wyrocznia czyli Małżónka ma. W przypadku zamieszkiwania w Krakowie osoba wylosowana ma prawo wskazania miejsca  w obrębie miasta w które mam dostarczyć książkę. W przypadku małej ilości zgłoszeń istnieje oczywiście szansa na wszystkie trzy jeśli się zgłosicie.

Mała errata:

Fenrir zwrócił uwagę na sprawę o której nie pomyślałem. Jeśli obawiacie się spam-botów to pozostawianie adresu e-mail nie jest konieczne, proszę jednak wtedy pamiętać o kontakcie w przypadku ewentualnej wygranej :)

Do oddania są:

1. Beata Tadla – Pokolenie ’89

2. Saladin Ahmed – Tron Półksiężyca

3. Jan Kostin Wagner – Zima lwów

Biorących udział i ewentualnie również niebiorących prosiłbym o umieszczenie jakiejś informacji o tym wielkim wydarzeniu  na swoim blogu, lub też gdzie indziej :)

Sam miód

Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Do tramwaju: tak, ja czytałem wszędzie
Ocena ogólna: 10/10

Mam problem z reportażami. Jakoś tego typu literatura do mnie nie trafia, nie wiem dlaczego. Próbowałem z Kapuścińskim, koleżanka przyniosła mi kilka różnych antologii reporterskich, na półce leży porzucony wybór najlepszych reportaży Gazety Wyborczej. Z reguły w połowie czytania pierwszego się poddaję. Tym razem było podobnie. O „Dziennikach kołymskich” Jacka Hugo-Badera słyszałem wiele dobrego, nadarzyła się okazja pożyczyć, więc z niej skorzystałem mając spore obawy czy je przeczytam. Zacząłem czytać i w połowie pierwszego to co zwykle, blokada.

Zmusiłem się żeby przeczytać jeszcze kilka zdań no i się zaczęło. Wsiąknąłem na amen, o dzięki za pożyczenie. Jest to książka absolutnie, zupełnie i całościowo świetna.

Z jakiegoś powodu ogromnym sentymentem darzę naszych sąsiadów ze wschodu, pewnie dlatego, że wychowałem się na Czterech pancernych, a o numerze który Rosjanie nam wykręcili 17 września 1939 roku dowiedziałem się bardzo późno. Do tej pory niewiele podróżowałem, ale zawsze większą chęć budził u mnie kierunek ukraińsko-rosyjsko-gruziński niż hiszpańsko-francuski. Po „Dziennikach kołymskich” fascynacja wschodnim sąsiedztwem, tym bliższym i tym dalszym jeszcze wzrosła.

Książka podzielona jest jakby na dwie części. W co drugim rozdziale autor opisuje swoją drogę traktem kołymskim, pisze gdzie spał czym jechał, jak wyglądała jego przeprawa przez góry, czy rzeki Kołymy i jak wygląda jej współczesny krajobraz. W tej drugiej „co drugiej” części Hugo-Bader pisze o ludziach których spotkał. O ludziach bardzo różnych, Rosjanach, Jakutach, tych bogatych i tych biednych. O pamiętających koszmar łagrów i tych którzy trafili na zimną północ już po tym koszmarze. Wszyscy jednak mają do opowiedzenia jakąś historię.

Część opowiadająca o drodze jest po prostu dziennikiem podróży, ciekawej, zaskakującej i miejscami magicznej. Autor jedzie łazikiem, luksusową toyotą albo wysłużonym kamazem. Śpi w mieszkaniach, dziwnych hotelach, raz nawet w szpitalu. Jest interesująco, ale to tylko opowieść podróżnicza, dobra ale nic poza tym.

Prawdziwie magiczna i ciekawa jest opowieść o ludziach. O oligarchach, zbieraczach złomu, płukaczach złota i zwykłych mieszkańcach tego dziwnego miejsca w Rosji. Wielokrotnie zaskakiwały mnie historie zawarte w tej książce, czasem budziły niewiarę, ale zakładam, że jako poważany reporter autor nie zdecydował się na zbytnie popuszczenie wodzów fantazji.

Odbiór książki jest jeszcze lepszy także przez to, że autor zdecydował się na wyraźne oddzielenie obu części przy pomocy odrobinę innego języka. Ten użyty w podróżniczych fragmentach jest bardziej zwięzły, suchy, ten o ludziach bogatszy i barwniejszy. Wydawca tylko to podkreślił decydując się na zastosowanie różnego kroju czcionek.

Jestem przekonany, że nie uda mi się tam nigdy wybrać, nawet nie jestem pewien, czy bym chciał. Ale na pewno autor jeszcze bardziej rozbudził moje zainteresowanie Rosją. Tym wielkim krajem pełnym dzikiej, pięknej przyrody, ciekawych ludzi i nieprawdopodobnych kontrastów.

Zdecydowanie polecam, moja pierwsza przeczytana książka z reportażami okazała się znakomita.

[Zapowiedź] Trzy mądre małpy – notka nietypowa

Z informacji wydawcy:

Polska odpowiedź na książkę Harukiego Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”.

Kiedy łapie cię zadyszka po wejściu na drugie piętro, a waga pokazuje trzy cyfry, możesz albo zaakceptować siebie, albo… wziąć się do roboty.

Kiedy zawodowo jesteś na skraju wypalenia i przestajesz widzieć sens w tym, co robisz, możesz albo zaakceptować ten fakt, albo… wziąć się do roboty.

Łukasz Grass w obu przypadkach wybrał to drugie rozwiązanie. Źródłem pozytywnych zmian był dla niego triathlon. Trzy mądre małpy nie są jednak ani poradnikiem, ani opisem drogi „od zera do bohatera”. To bardzo intymny notatnik męża, ojca, dziennikarza i zawodnika. Po tej lekturze nabiera się ochoty, żeby wyłączyć telewizor, włożyć na nogi sportowe buty i iść pobiegać. A potem z nową energią można zacząć realizować swoje marzenia.

„Książka ta wywarła na mnie bardzo duże wrażenie. Jest to bowiem piękna historia o odwadze  i o tym, jak można zmienić swoje życie na lepsze”  – prof. dr hab. med. Jerzy Smorawiński, rektor Akademii Wychowania Fizycznego im. Eugeniusza Piaseckiego w Poznaniu

„Wbrew pozorom to nie jest książka tylko dla dziennikarzy i triathlonistów. Każdy z nas toczy swoją prywatną walkę. Dla jednych jest to przebierka, dla innych maraton. Łukasz Grass daje nam przepis na zwycięstwo.” – Stefan Szczepłek, publicysta „Rzeczpospolitej”, autor książki Deyna.

Pierwotnie miała to być tylko sucha informacja, ale postanowiłem, że dodam także coś od siebie. Pozycja ta to audiobook. Jak audiobook to najczęściej dwie osoby pisarz i lektor. Tutaj jest to Bartłomiej Topa i Łukasz Grass

Pana Topę bardzo lubię. Pierwszy raz zapamiętałem go jako „człowieka z grzywką” za Złotopolskich których z nudów oglądałem leżąc ze złamaną nogą. Potem mignął mi jeszcze w kliku przedsięwzięciach, m.in w Białej sukience, Zróbmy sobie wnuka czy w Układzie Warszawskim. Za każdym razem zaskakiwała mnie jego bardzo potrafi się zmienić od pierwotnie zapamiętanego wizerunku Zenka Pereszczako. Generalnie budzi moją sympatię i zdecydowanie pozytywne uczucia.
Ciekaw jestem ogromnie jak mu poszło.

Pan Grass mnie irytuje. Kiedy pojawiał się na wizji w TVN to niespecjalnie budził u mnie jakiekolwiek uczucia. Ale już w poranku Tok FM było zupełnie inaczej. Jadąc do pracy wielokrotnie go słuchałem i nigdy nie udało mi się pozostać obojętnym. Prawie zawsze swoimi poglądami, komentarzem lub napastliwością wywoływał u mnie emocje. Ale go nie przełączałem :)
Ciekaw jestem ogromnie jak mu poszło.

Zaszufladkowano do kategorii Różne

Macierzyństwo bez tacierzyństwa

Tytuł: Macierzyństwo bez lukru 2
Redakcja: Joanna Skotnicka i Dorota Smoleń
Wydawca: Wydawnictwo RW2010
Do tramwaju: tak, jeśli macie ebook readera
Ocena ogólna: 8/10

Czytuję blogi. Są to przede wszystkim blogi „książkowe”, ale nie tylko. Sporo z nich jest w moich zakładkach tylko dlatego, bo je lubię. Czy to za sposób w jaki są pisane, czy to za sprawy o których się tam pisze, różnie.
Tym razem mam do czynienia z książką blogową. Wcześniej spotkałem się już z kilkoma takimi, najbardziej spodobała mi się chyba seria o Bazylku, w której jego tata z ogromną swadą opisywał anegdotki z życia swojego syna. „Macierzyństwo bez lukru 2″ to jednak pozycja zdecydowanie inna od wszystkich książek poblogowych, z którymi miałem do czynienia.
Decyduje o tym zarówno powód jej powstania jak i zawartość. Książka jest kontynuacją inicjatywy która ma na celu wsparcie Mikołaja chorego na rdzeniowym zanik mięśni,  a jej treść to notki, wpisy i rysunki pochodzące z blogów wielu mam. Różnią się one formą, treści i tematem jaki podejmują, natomiast wspólne dla wszystkich jest tylko to, że wszystkie traktują o macierzyństwie, takim prawdziwym, nie z programu śniadaniowego czy kolorowej gazety.

Książka odczarowuje wiele ważnych tematów, opowiada o trudach radzenia sobie z dzieckiem, z własnymi emocjami. Pozwala spojrzeć na swoje relacje z dzieckiem z innej perspektywy i moim zdaniem daje szanse na ich poprawę.
Dlaczego tak się dzieje? Z bardzo prostego powodu. Po prostu kiedy okazuje się, że sporo tych spraw które przydarzają się nam rodzicom na co dzień przydarza się także innym. A skoro oni sobie jakoś poradzili to i jest szansa, że i nam się uda. Mnie osobiście bardzo poruszyła notka napisana przez mamę, która czasem ma problem z ukrytym mister Hyde’m, lub w moim i jej małżonka świecie z siedzącym w  niektórych z nas Hulkiem. Na szczęście nie tylko we mnie on siedzi, musimy mu tylko uniemożliwić miażdżenie :) Ale skoro ona daje radę go powstrzymać to i mnie się uda :)

Książka jednak nie jest pozbawiona wad, a właściwie można powiedzieć, że ma dla mnie jedną wadę.  Wadę bardzo istotną dla ojca dwóch świetnych chłopków. Skoro mamy decydują się opowiedzieć o swoim życiu i pokazać, że bycie mamą nie zawsze jest łatwe to czemu żadna z Pań nie zdecydowała się na pójście o krok dalej i obalenie mitu o wiecznie nieobecnym facecie? No chyba, że zdecydowana większość kobiet, które stworzyły coś do tego zbioru ma problem z partnerem. Poza jednym opowiadaniem/notką we wszystkich ojciec jest tylko jakimś tłem dla opisywanej sytuacji. Albo służy za niewprawną niańkę, albo go ciągle nie ma, nawet kiedy się pojawia to jakiś taki (przerwa na reklamę ;) ) niewyraźny.

Wiem, że to książka o macierzyństwie, ale drogie Panie istnieją też tatusiowie. Tacy którzy może niekoniecznie wezmą urlop wychowawczy, ale jednak biorący z własnej inicjatywy udział w wychowaniu dzieci. Tacy co śniadanie do szkoły zrobią i wrzasną że nie wziął szalika, a nie tylko weekendowo zabiorą do kina i poczęstują tam popcornem. Może w kolejnej części będzie pora na obalenie kolejnego mitu?
Ale w końcu najważniejsze jest wsparcie Mikołaja, więc zapraszam po szczegóły TU

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję Chudej

Kacper Ryx i kolejny król

Tytuł: Kacper Ryx i tyran nienawistny
Autor: Mariusz Wollny
Wydawca: Otwarte
Do tramwaju: tak
Ocena ogólna: 8/10

Po drugim tomie, gdzie tempo akcji trochę spadło znowu mamy przyspieszenie. Wollny tym razem umieszcza przygody Kacpra Ryxa za czasów Stefana Batorego i decyduje się, aby nasz bohater spędził sporo czasu poza rodzinnym Krakowem. Inwestygator królewski jest zakochany, Janka która pojawiła się w pierwszym tomie i odegrała w życiu Kacpra wielką rolę jest teraz jednak szlachcianką. A w tamtych czasach małżeństwo pomiędzy szlachcianką, a mieszczaninem znajdą postrzegane byłoby jako coś niedopuszczalnego. Przynajmniej tak odczuwa Kacper. W związku z tym decyduje się opuścić Kraków licząc na to, że zasługi wojenne pozwolą mu stać się szlachcicem. Bierze udział w wojnie przeciwko Rosjanom, demaskuje spiski i doskonali się równocześnie w fachu lekarza. W pewnym momencie ratuje nawet życie jednemu z posłów, co później okaże się mieć decydujący wpływ na dalsze losy Janki. Akcja cały czas pędzi do przodu, bohaterowie trafiają nie tylko w wiele interesujących miejsc na terenie Rzeczypospolitej, ale odwiedzają nawet dalekie kresy. Kacper nawet staje się w pewnym momencie nawet kimś kogo boją się na stepach najodważniejsi ordyńcy .

Książka czyta się lepiej niż tom drugi, dzieje się więcej, mamy ciekawie czasy Stefana Batorego i Polskę która nadal jest potęgą. Watki kryminalne przeplatają się z historycznymi, a w tle pojawiają się nawet echa powieści szpiegowskiej. Wszytko to pięknie opisane interesującym językiem i aż szkoda, że powoli widać już koniec przygód Ryxa.

Kolejny raz polecam.

Magia po raz trzeci

Tytuł: Magia uderza
Autor: Ilona Andrews
Wydawca: Fabryka Słów
Do tramwaju: tak
Ocena ogólna: 6/10

Magia uderza to trzeci tom opowieści o Kate Daniels dziejącej się w Atlancie, w świecie w którym raz działa technika raz magia. Jak już pisałem wcześniej cała seria to przyjemne czytadła urban fantasy z niezbyt rozbujanym wątkiem romansowym. W tej części jest go może odrobinę więcej, ale i akcji też jest jakby więcej.

Jeden z przyjaciół Kate, wilkołak imieniem Derek zostaje wplątany w nielegalne walki na arenie całkowicie zakazane dla zmiennokształtnych. Cała sprawa ociera się o interesy gromady, więc nasza bohaterka pozwala się wciągnąć staremu znajomemu, Saimanowi, w ten biznes. Taka zabawa skończyć się oczywiście musi kłopotami, a przeszłość zaczyna upominać się o Kate. Powoli zaczynamy odkrywać to kim tak naprawdę jest główna bohaterka, a dla większości osób znających choć trochę klimat urban fantasy oczywistym się staje kto będzie big bossem w ostatniej części cyklu :).

Książka trzyma poziom, bardzo się cieszę, że nie obserwuję tutaj spadku formy. Pomysły są ciekawe, a sporo problemów nie rozwiązuje się „magicznie” jak to się zdarza niektórym autorom. Jeśli dałeś ciała to dostajesz za swoje, aby wyjść cało z opresji trzeba się sporo natrudzić. Kolejna część już na mnie czeka, szkoda tylko że Fabryka Słów niezbyt chętnie publikuje kolejne tomy.

Polecam jako dobrą literaturę rozrywkową.