Sam miód

Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Do tramwaju: tak, ja czytałem wszędzie
Ocena ogólna: 10/10

Mam problem z reportażami. Jakoś tego typu literatura do mnie nie trafia, nie wiem dlaczego. Próbowałem z Kapuścińskim, koleżanka przyniosła mi kilka różnych antologii reporterskich, na półce leży porzucony wybór najlepszych reportaży Gazety Wyborczej. Z reguły w połowie czytania pierwszego się poddaję. Tym razem było podobnie. O „Dziennikach kołymskich” Jacka Hugo-Badera słyszałem wiele dobrego, nadarzyła się okazja pożyczyć, więc z niej skorzystałem mając spore obawy czy je przeczytam. Zacząłem czytać i w połowie pierwszego to co zwykle, blokada.

Zmusiłem się żeby przeczytać jeszcze kilka zdań no i się zaczęło. Wsiąknąłem na amen, o dzięki za pożyczenie. Jest to książka absolutnie, zupełnie i całościowo świetna.

Z jakiegoś powodu ogromnym sentymentem darzę naszych sąsiadów ze wschodu, pewnie dlatego, że wychowałem się na Czterech pancernych, a o numerze który Rosjanie nam wykręcili 17 września 1939 roku dowiedziałem się bardzo późno. Do tej pory niewiele podróżowałem, ale zawsze większą chęć budził u mnie kierunek ukraińsko-rosyjsko-gruziński niż hiszpańsko-francuski. Po „Dziennikach kołymskich” fascynacja wschodnim sąsiedztwem, tym bliższym i tym dalszym jeszcze wzrosła.

Książka podzielona jest jakby na dwie części. W co drugim rozdziale autor opisuje swoją drogę traktem kołymskim, pisze gdzie spał czym jechał, jak wyglądała jego przeprawa przez góry, czy rzeki Kołymy i jak wygląda jej współczesny krajobraz. W tej drugiej „co drugiej” części Hugo-Bader pisze o ludziach których spotkał. O ludziach bardzo różnych, Rosjanach, Jakutach, tych bogatych i tych biednych. O pamiętających koszmar łagrów i tych którzy trafili na zimną północ już po tym koszmarze. Wszyscy jednak mają do opowiedzenia jakąś historię.

Część opowiadająca o drodze jest po prostu dziennikiem podróży, ciekawej, zaskakującej i miejscami magicznej. Autor jedzie łazikiem, luksusową toyotą albo wysłużonym kamazem. Śpi w mieszkaniach, dziwnych hotelach, raz nawet w szpitalu. Jest interesująco, ale to tylko opowieść podróżnicza, dobra ale nic poza tym.

Prawdziwie magiczna i ciekawa jest opowieść o ludziach. O oligarchach, zbieraczach złomu, płukaczach złota i zwykłych mieszkańcach tego dziwnego miejsca w Rosji. Wielokrotnie zaskakiwały mnie historie zawarte w tej książce, czasem budziły niewiarę, ale zakładam, że jako poważany reporter autor nie zdecydował się na zbytnie popuszczenie wodzów fantazji.

Odbiór książki jest jeszcze lepszy także przez to, że autor zdecydował się na wyraźne oddzielenie obu części przy pomocy odrobinę innego języka. Ten użyty w podróżniczych fragmentach jest bardziej zwięzły, suchy, ten o ludziach bogatszy i barwniejszy. Wydawca tylko to podkreślił decydując się na zastosowanie różnego kroju czcionek.

Jestem przekonany, że nie uda mi się tam nigdy wybrać, nawet nie jestem pewien, czy bym chciał. Ale na pewno autor jeszcze bardziej rozbudził moje zainteresowanie Rosją. Tym wielkim krajem pełnym dzikiej, pięknej przyrody, ciekawych ludzi i nieprawdopodobnych kontrastów.

Zdecydowanie polecam, moja pierwsza przeczytana książka z reportażami okazała się znakomita.